Z ziemi szwajcarskiej do Polski

NR 1-2 / 2008

HISTORIA RODZINY MAURIZIO
(część 1)

W południowo-wschodniej Szwajcarii znajduje się region zwany po polsku Gryzonią. Jako jedyny posiada aż cztery języki urzędowe: niemiecki, francuski, włoski i retoromański. W regionie tym proporcje katolików i reformowanych rozkładają się mniej więcej po równo, z niewielką przewagą tych pierwszych. Tutejszy Kościół reformowany jest dość nietypowy, ponieważ nabożeństwa odprawiane są nie tylko po niemiecku i francusku, ale także po włosku (w okolicach Poschiavo) i retoromańsku (w okolicach Vicosoprano)1. I właśnie w tej ostatniej miejscowości zaczyna się nasza historia.
     W XVI wieku, po krwawej wojnie domowej, mieszkańcom Gryzonii pozwolono wybrać wyznanie katolickie bądź kalwińskie i w ten sposób każda wioska mogła opowiedzieć się po dowolnej stronie. Przy dość aktywnym poparciu Zurychu wiele wiosek retoromańskich opowiedziało się po stronie kalwińskiej, co nadało tutejszemu kalwinizmowi dość swojski charakter.
     Choć dzisiaj Gryzonia jest zamożną okolicą Szwajcarii, a turyści podziwiają jej malownicze doliny i doskonałe warunki narciarskie, do początku XX wieku był to jeden z biedniejszych regionów konfederacji. Ziemie rolne były tu bardzo liche, rzemiosło nierozwinięte, a rodziny wielodzietne. Pod koniec XVIII wieku przeludnienie kantonu osiągnęło stan krytyczny i młodsi synowie tutejszych rodzin decydowali się na emigrację zarobkową. Zgodnie z tradycją, przy wyjściu z kościoła po zakończeniu nabożeństwa konfirmacyjnego, młodemu człowiekowi wręczano tobołek z Biblią, drobną kwotą pieniędzy, odzieżą i wyprawiano w świat życząc szczęścia.
     Na dobrą sprawę, nie wiadomo kto zapoczątkował emigrację Retoromańczyków za granicę Szwajcarii. Być może był to Giacomo Pool, który jeszcze pod koniec XVII wieku osiedlił się w dalekim Amsterdamie, gdzie otworzył cukiernię dla tamtejszej zamożnej kalwińskiej burżuazji. Cukiernia okazała się strzałem w dziesiątkę, a Giacomo, zmieniwszy imię na Jacobus, szybko wzbogacił się na tyle, że nabył plantacje i niewolników w Surinamie w Ameryce Południowej. Osiągnąwszy sukces w Niderlandach, Jacobus Pool zaczął ściągać do siebie biedniejszych krewnych, którzy pod jego okiem terminowali w cukierniczym rzemiośle i usamodzielniali się, osiadając albo w Amsterdamie, albo w innych krajach europejskich. Oni również z czasem zaczęli ściągać krewnych z ubogiej Gryzonii. Powoli powstawały klany spokrewnionych ze sobą ewangelickich, cukierniczych rodzin w Anglii, Niemczech, Danii, Holandii, Francji, czy Hiszpanii. Usamodzielniwszy się i ustatkowawszy, młodzi Szwajcarzy wracali w rodzinne strony, by znaleźć tutaj żony, zacieśniając jeszcze bardziej więzy łączące ich z ojczyzną, językiem i kościołem reformowanym2.
     Początkowo Polska, jako kraj targany wewnętrznymi konfliktami i – w opinii cudzoziemców – niezbyt przyjazny ewangelikom, nie przyciągała uwagi Szwajcarów. Od połowy XVIII wieku niektórzy z nich otwierali cukiernie w Saksonii i Prusach, gdzie kontakty z Polską były dość intensywne. W Lipsku do 1783 roku działała rodzina Bonorandów, w Dreźnie zaś rodziny Robbich, Orlandich i Zambonich. Nieco później, w 1797 roku, odnotowano istnienie gdańskiej cukierni rodziny Cortesi (z włoskojęzycznej i kalwińskiej doliny Poschiavo).
     Pierwsza wzmianka o rodzinie Maurizio na terenie Polski pochodzi z 1793 roku. W austriackim wtedy już Lwowie zamieszkał i prowadził z powodzeniem cukiernię „Café de Milano” Giacomo Maurizio (1762-1831) razem z żoną Catariną Bazzigher. Ich cukiernia była na tyle dochodowa, że wkrótce do pomocy zaprosił dalszych krewnych: Mauriziów, Pontizellich, Scartazzinich. Jednym z nich był Giovanni Maurizio (1771-1848). Odebrawszy staranną edukację cukierniczą u kuzyna, na początku XIX wieku osiedlił się w Krakowie (mieszkała tu również inna szwajcarska rodzina cukierników – Cortesich z miejscowości Poschiavo). Z żoną Marią Pockel (1787-1855) miał dwoje dzieci: syna Parysa (1807) i córkę Marię (1809). Wojna między Księstwem Warszawskim a Austrią w 1809 roku nie sprzyjała rozwojowi cukierni i Giovanni, zwinąwszy interes, wrócił w ojczyste strony. W tym samym czasie jego bracia Rudolf Maurizio (ur. 1774) i Bartolomeo (1773-1849) otworzyli cukiernię w Elblągu, która była w posiadaniu rodziny aż do końca XIX wieku. We Lwowie wciąż przebywał bezdzietny Giacomo Maurizio, który pomagał biednym krewnym i powinowatym jak tylko mógł, ściągając ich do siebie i szkoląc na cukierników3.
     Po 1815 roku sytuacja we wschodniej części Europy ustabilizowała się. Na mocy postanowień Kongresu Wiedeńskiego Kraków stał się wolnym miastem-państwem z liberalną konstytucją i strefą bezcłową, co przyczyniło się do szybkiego rozwoju gospodarczego miasta. Zaczęli tu ściągać przybysze z całej Europy, w tym także ewangelicy. Senat Wolnego Miasta Krakowa przychylił się – po wielu latach zabiegów o własny budynek kościelny – do próśb krakowskich ewangelików (zarówno luteranów jak i reformowanych), przyznając im w 1817 roku opuszczony kościół św. Marcina. W ten sposób nabożeństwa ewangelickie zaczęto odprawiać w dawnej stolicy Polski po ponad dwustu latach od zburzenia ostatniego zboru (1591).
     W tym okresie pozycja społeczna i liczebność ewangelików reformowanych była tak wielka, że dominowali oni nad krakowskimi luteranami. Stąd na pierwszego pastora wspólnej parafii w Krakowie powołano Fryderyka Jakuba Teichmanna (1789-1839), syna reformowanego duchownego ze Szczepanowic koło Dunajca4. Duchowny ten pozostał w Krakowie do 1829 roku, kiedy to został wybrany drugim proboszczem parafii reformowanej w Warszawie. Po jego odejściu pastorami w Krakowie byli już zawsze duchowni luterańscy. W skład powołanego w 1836 roku niezależnego krakowskiego Konsystorza Ewangelickiego weszli zarówno luteranie jak i reformowani. Tych drugich reprezentowali: rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Karol Hube (1769-1845) i ziemianin Aleksander Różycki (1794-1846). W tym samym czasie wieloletnim kuratorem zboru był inny kalwinista, profesor UJ Franciszek Skobel (1806-1876). Później w Konsystorzu z ramienia reformowanych zasiadał także ziemianin Karol Wielowieyski (1784-1853), ze starej, zasłużonej dla polskiego kalwinizmu, rodziny5.
     Gospodarczy i intelektualny rozwój Krakowa sprawił, że do miasta znów zawitali Szwajcarzy. Początkowo byli to włoskojęzyczni krewni rodziny Cortesich: Pravacini, Olgiatti, oraz Pool z doliny Poschiavo. Pojawili się też ich retoromańscy pobratymcy: Tomasso Scartazzini (1826-1848) oraz ożeniony z jego siostrą Anną (1814-1836) Gaudenz Redolfi (1803-1860), który w 1834 roku otworzył cukiernię „Cafe Redolfi” (przetrwała w Krakowie ponad sto lat).
     Sukces rodził sukces i w ślady Gaudenza Redolfiego poszedł mąż jego siostry Marii (1820-1873) – Giovanni Scartazzini (1809-1899), który osiedlił się we Lwowie i stał się wspólnikiem sędziwego Giovanniego Maurizio, przejmując od niego prowadzenie „Cafe di Milano”. Zgodnie ze zwyczajem, postanowił pomóc swoim uboższym krewnym i około 1835 przyjął pod swoje skrzydła Parysa Maurizio6.
     Parys Maurizo (1813-1890) urodził się w rodzinie podesty7 doliny Bregalii, Jana Andrzeja Pool i jego żony Marii. Choć rodzina nie należała do najuboższych, to jednak i przed nim stanęła konieczność emigracji. Ukończywszy lokalną, przyzborową szkołę w Vicosoprano, a następnie szkołę w Chur, postanowił skorzystać z zaproszenia swego wuja i w 1835 roku przybył do Lwowa, by tutaj nauczyć się rzemiosła cukierniczego. W szybko rozwijającym się i zamożnym mieście konkurencja wśród cukierników była spora: swoje cukiernie prowadzili tutaj nie tylko Scartazzini, ale także Poolowie, Dreoliowie („Conditorei Andreoli”), Salisowie i Franconi („Weitere Aufenthalter”) – wszyscy byli ewangelickimi emigrantami z Gryzonii. Parys postanowił więc szukać szczęścia gdzie indziej i około 1837 roku przeniósł się do Krakowa. Rozpoczął pracę u Gaudenza Redolfiego, który zapewne z radością przyjął pomoc młodego, energicznego krajana. Ich współpraca układała się znakomicie i w 1841 roku Parys stał się oficjalnie współwłaścicielem cukierni „Redolfi”. Nowi wspólnicy postanowili przenieść ją w miejsce bardziej prominentne i w tym samym roku zakupili kamienicę Kencowską przy Rynku Głównym 38. Choć kwota 72 000 złotych za lokum nie była mała, obaj cukiernicy wiedzieli, że inwestycja się zwróci, gdyż do ich cukierni zawita śmietanka towarzyska i intelektualna miasta8.

Dr. Kazimierz Bem


zobacz pełny tekst